wtorek, 5 lipca 2011

Herbata #11

- Chcesz tam iść, do budynku pełnego ochrony, dotrzeć do szefa i sobie z nim pogadać? Czy widzisz sposób zrobienia tego bez alarmowania całego osiedla? - Lamer jakoś nie widział możliwości infiltracji tego budynku. Sprawdził magazynek: zostało sześć pocisków. Jeśli miałby ich używać on sam, może położyłby dwóch, trzech; więcej gdyby miał efektywność jak wtedy gdy kierowała nim Alma. Tak czy inaczej, mogli się spodziewać przynajmniej kilkunastu ludzi, o ile ludzie byli ich głównym problemem.
Nie otwierając drzwi obejrzał posiadłóść. Duży budynek był otoczony wybrukowanym, szerokim podjazdem i obsadzony kolorowymi krzaczkami, zbyt egzotycznymi by znać ich nazwy. Przez chwilę pomyślał, że taki Lavoise musi mieć dużo kasy ale kiedy się nad tym zastanawiał, stwierdził, że on tyle mieć nawet by nie chciał i nie potrafił. Po podjeździe przechadzało się dwóch ludzi w odstępie od siebie, inny stał przy drzwiach frontowych - przynajmniej trzech w zasięgu wzroku.
- Nie zapominajmy też, że gość ma chyba do mnie wyjątkowe uczucie skoro myśli, że w jakiś sposób go okradłem a tacy ludzie zazwyczaj nie załatwiają spraw gadaniem. Nie żebym się bał...chociaż to i tak niczego nie zmienia. Jest smaczny jak herbata.
Chciał ułożyć sobie w głowie ciąg zdarzeń - jakim cudem w ogóle ktoś mógł go pomylić z Lavoise, przecież widzieli zdjęcia? I ten człowiek podobny do niego na ulicy? To wszystko nie miało sensu. Ale to była szansa, żeby to wyjaśnić a John miał rację, w końcu i tak by do niego wróciło.
Popatrzył na psa, zastanawiając się, ile mógłby dokonać gdyby spróbował pójść sam - psa mogliby nawet nie zauważyć. Coś poruszyło się daleko od nich, po drugiej stronie posiadłości i podniósł wzrok. Niewyraźna postać przebiegła przez chodnik i zniknęła na chwilę za wysokim ogrodzeniem. Po chwili jednak pojawiła się znowu, gramoliła się przez szczyt muru i spadła do wewnątrz, na trawnik z tyłu budynku. Lamer patrzył mocno na rozglądającą się postać, która zaraz podniosła się i wbiegła za róg willi. Wyglądała znajomo i rysami i strojem aż uderzyło go:
- Widzieliście to? John, to byłeś ty.

2 komentarze:

  1. zapraszam na mojego bloga: http://kulturanadzis.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawe. Lubię takie historie.

    OdpowiedzUsuń